Listen to Joe Milford Show on Blog Talk Radio Listen to internet radio with Lynnalexander on Blog Talk Radio

Dove Creek

A woman's journey of self-discovery from her Kentucky origins to nurse and healer on a Northwest Indian reservation

Read this moving, insightful novel free at Libertary.com

Blog > Komentarze do wpisu

PETER MARKUS - TO, CO POWTARZAŁA NAM NASZA MATKA (WHAT OUR MOTHER ALWAYS TOLD US)

pierwsze z serii opowiadań o braciach pogrążonych w blotnistej wizji

Nasza matka zawsze powtarzała nam: chłopcy, nie chodźcie tam, nie babrajcie się w błocie, nie wnoście błota do domu, kiedy przychodziliśmy, przynosząc mokre, albo wyschnięte błoto na podeszwach butów. Ale my, bracia, mając wypełnione błotem uszy, nie słyszeliśmy, kiedy matka mówiła: nie. Wszystko, co słyszeliśmy to to, że matka mówiła, żebyśmy szli, bawili się dobrze w błocie, albo żebyśmy my, jej mali, brudni chłopcy, przynosili na podeszwach błoto do domu. Co ja wam przed chwilą mówiłam? To były słowa, które nam, braciom, matka nieustannie powtarzała. A my, bracia, nie odpowiadaliśmy. Staliśmy, a błoto połyskiwało na podłodze między nami. Staliśmy z tymi kawałkami błota, wręcz bochnami błota rozrzuconymi na podłodze u naszych stóp. Czekaliśmy na to, o czym dobrze wiedzieliśmy, że się za chwilę zdarzy. A to, co się miało stać to: oto matka atakuje nas, braci, swoimi matczynymi dłońmi, kłapie palcami jak szczypcami aż chwyci każdego z nas za ucho. Uściski palców naszej matki nie wywoływały grymasu bólu na naszych twarzach, nie przyprawiały naszych chłopięcych ciał o spazm nagłego bólu, nie zmuszały naszych chłopięcych ust do krzyku i wzywania pomocy. Zła, nasza matka starała się szeptać, ale jej szept był raczej jak syczenie. Ile razy mam wam powtarzać, że nie wolno, syczała. Zachowujecie się tak, jakbyście mieli błoto zamiast mózgów, mówiła czasami. A my, bracia, na te jej słowa zawsze odpowiadaliśmy: dziękujemy. Nic nie mówiła. Ciągała nas za uszy aż niemal zderzaliśmy się, bracia, głowami. I tak długo potrząsała nami, aż nasze twarze nie odbiły się w świetlistej bieli umywalki. I wtedy nasza matka odkręcała kurek z gorącą wodą, w dłoń brała szczotkę, tę samą, którą zeskrobywała błoto z naszych butów i zaczynała zdzierać błoto z naszych dłoni, wygrzebywać błoto zza uszu i nie przestawała dopóty, dopóki świetlista biel umywalki, w którą się gapiliśmy, nie nabrała koloru rzecznego błota. Im mocniej tarła nas, braci, tym bardziej błotnista robiła się i umywalka i woda w niej. A kiedy było już po wszystkim, kiedy odesłała nas już do naszej sypialni, zaczynała sprzątać. Ale, choćby nie wiadomo jak się starała uprzątnąć cały ten bałagan, zawsze zostawały jakieś plamy, jakieś błotne szczątki, jakaś smuga błotnistej wody zawsze pozostawała na nasze świadectwo. A w nocy, kiedy nasza matka szybko zasnęła w swojej sypialni – wtedy my, bracia, zaczynaliśmy krążyć po domu na kolanach i czyściliśmy, wylizywaliśmy resztki błota. Ach, nasz dom, w takie noce, w miejscach, gdzie znaleźliśmy choć odrobinę błota nigdy wcześniej tak nie lśnił. Nawet  nasza matka nie potrafiłaby wyobrazić sobie, że dom zrobiony z błota może być tak czysty.

copyright (c) by Peter Markus

trans. Piotr Siwecki

czwartek, 17 maja 2007, themerson

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: