Listen to Joe Milford Show on Blog Talk Radio Listen to internet radio with Lynnalexander on Blog Talk Radio

Dove Creek

A woman's journey of self-discovery from her Kentucky origins to nurse and healer on a Northwest Indian reservation

Read this moving, insightful novel free at Libertary.com

Blog > Komentarze do wpisu

DEREK WHITE - ŁAPIĄC CIENIE MARIONETEK (CAPTURING THE SHADOW PUPPETS)

Z DUMĄ PREZENTUJEMY PIERWSZE Z OPOWIADAŃ DEREKA WHITE'A. DLA TYCH, KTÓRZY LUBIĄ MINIMALIZM, ALE TAKŻE DLA TYCH, KTÓRZY LUBIĄ PODRÓŻE, BRONISŁAWA MALINOWSKIEGO, REDCLIFA BROWNA, RUTH BENEDICT I ANTROPOLOGIĘ KULTURY. DEREK WHITE JEST PISARZEM ORAZ WYDAWCĄ. PROWADZI WYDAWNICTWO CALAMARI PRESS ORAZ PISMO SLEEPING FISH. POCZYTAJ TEŻ WYWIAD Z DEREKIEM NA NASZYM BLOGU!

copyright (c) by Derek White

Chociaż nie bardzo rozumiem ich obyczaje, zostałem przyjęty do indonezyjskiego plemienia zwanego Wayang Gulick. Mieszkaliśmy pośród pól pieprzu. Gdzieniegdzie rosły, obce tutejszej florze, drzewa bodhisatwów. Kiedy zaczął padać deszcz, był to dla nas znak, że nadszedł czas łapania dzikich bogów. Rodowici mieszkańcy dobrze wiedzieli, że kiedy zaczyna padać „niewidzialni”, „niezależni” bogowie szukają schronienia pod drzewami bodhistatwów. Zapamiętywałem, notowałem zdarzenia takimi, jakimi je widziałem. Tłoczyliśmy się w błotnistych chatach myśliwskich dopóty, dopóki deszcz nie zamienił się w jednostajną ulewę, która stopniowo wypłukiwała błoto ze ścian chat. Wtedy wszyscy, w jednej chwili, wybiegliśmy, by łapać tych niewidzialnych, niezależnych bogów. Śpiewaliśmy przy tym i biegaliśmy zygzakiem, żeby ich zmylić. Pozostali członkowie plemienia wiedzieli z doświadczenia, gdzie szukać. Byłem zdezorientowany i zażenowany, ale nie pozostało mi nic innego jak tylko zaufać ich wiedzy. Mój przewodnik z łatwością złapał boskie dziecko. Idąc za jego przykładem, wziąłem mój olbrzymi ręcznik kąpielowy i rzuciłem go na osłonięte przed deszczem miejsce pod drzewem. Kiedy skoczyłem na ręcznik, poczułem, ku mojemu zdziwieniu, jak bóg wije się pod nim. „Dobry połów”, powiedział Nyoman, podając mi worek po mące, na którym narysowany był tukan siedzący na grzbiecie krokodyla. „Włóż to tutaj. Jak przyjdzie środa, to możesz to sprzedać na targu w mieście za sto rupii. Wystarczy do następnego deszczu.” Zanieśliśmy bogów do rytualnej chaty Nyomana. Nie była to chata mieszkalna, ale dom dla zmarłych przodków. Ponieważ nie byłem tubylcem, bagaż pozwolono mi zostawić w rogu tej właśnie chaty. Mój marynarski worek stał nierozpakowany i wciąż z kartką z urzędu celnego. Przemknęło mi przez głowę, by, chyłkiem, ukryć w worku boga, ale Nyoman przykazał mi uwolnić go. Ściany chaty rytualnej były niewidzialne. Cała chata był to dach z liści palmowych wsparty na czterech sosnowych palach (chociaż sosna nie rośnie na tej wyspie). Z niechęcią uwolniłem mojego boga, ale Nyoman zapewnił mnie, że ściany zaraz się pojawią. Rzeczywiście, u sklepienia zamontowane były lustra, a chatę otoczono drutem tak, żeby stworzyć iluzoryczne ściany, dzięki którym bogowie będą myśleć, że są w klatce. Nie mogłem zgodzić się z Nyomanem w sprawach fizyki. To było niezgodne z tym, czego się do tej pory nauczyłem. Nyoman był rozczarowany mną jako uczniem. Powiedział, żebym notował tylko to, co on mówi. Krzyknął do żony, żeby uzyskać aprobatę dla swoich słow. To była społeczność matriarchalna, a Nyoman większą część swojej wiedzy zawdzięczał żonie. Przytaknęła, niepokazując nawet twarzy. Jej głos dochodził ze strychu. Przyznam, że byłem ciekaw tego, co ona tam robiła. Z góry dochodził odgłos chlupotania i tarcia, jakby prała ubrania. Dodała, że kiedy tylko usłyszy intruza, wsadza spinacz do papieru w gniazdko elektryczne. Nyoman objaśnił mi szeptem, że mają, co prawda, kable w domu, ale nie ma w nich jeszcze prądu. Nie wydało mi się to godnym uwagi, ale zapisałem, co mówili. I wtedy usłyszałem za plecami dźwięk podobny do tego, jaki wydaje noworodek próbujący złapać pierwszy oddech. Odwróciłem się i zobaczyłem otwarte drzwi z wciąż kołyszącym się i popiskującym skoblem. Drzwi były osadzone w błotnistych ścianach, których wcześniej w chacie nie było. Sięgnąłem po kamerę, żeby sfilmować przynajmniej to, co jeszcze z nich zostało, ale zamiast kamery znalazłem tylko deklaracje celną, której okazaniem władzom nigdy się nie przejmuję.

(tłumaczenie: Piotr Siwecki)

niedziela, 06 stycznia 2008, themerson

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: