Listen to Joe Milford Show on Blog Talk Radio Listen to internet radio with Lynnalexander on Blog Talk Radio

Dove Creek

A woman's journey of self-discovery from her Kentucky origins to nurse and healer on a Northwest Indian reservation

Read this moving, insightful novel free at Libertary.com

Blog > Komentarze do wpisu

TAMARA BOŁDAK-JANOWSKA - FRANCJA cz.1

Z PRZYJEMNOŚCIĄ PREZENTUJEMY TEKSTY TAMARY BOŁDAK-JANOWSKIEJ. TYM RAZEM WSPOMNIENIA Z PODRÓŻY DO FRANCJI.

Zostałam zaproszona na wieczór autorski do Lille we Francji i umierałam z niepokoju o to, czy przyjdzie jakaś publiczność. Przyszła, i trzeba było dostawiać krzesła. Dziękuję publiczności i dziękuję polskiemu konsulatowi w Lille za wieczór. Szczególne podziękowania panu Witoldowi Kalinowskiemu za piękne prowadzenie wieczoru. Za umożliwienie mi prezentacji moich rysunków i biżuterii oraz jednej pracy Marceli, ze sfotografowanym tekstem – ta oprawa plastyczna umożliwiła mi pełną prezentację mojej nowej książki pt. „Rozdziały”,  tematycznie związanej z tą, a nie inną oprawą.

Opowiem trochę o Francji, ale nie krajoznawczo. Dziś wielu jeździ po świecie może sobie naoglądać się do woli Francji i innych krajów.

Francja jest piękna i stylowa. Lille jest piękne i stylowe – jest miastem sztuki. Stare domy w śródmieściu, stare wąskie śródmiejskie ulice, dziś jednokierunkowe, więc ruch jest płynny i powolny, bez ulicznego hałasu. Sztuka obecna na każdym kroku – również w wystroju sklepów i witryn, bez tandety – czuje się jej ciężar, status. Nie dolatywały polskie przekleństwa, nie było wulgarnych małolatów. Nikt się nie przekrzykiwał, nie awanturował, nie wrzeszczał, nie kłócił się, nie pokrzykiwał, nie pouczał, nie popychał. Dzieci ciągnęły za sobą plecaki na kółkach. Pod drzewami spokojnie leżały liście – nikt nie śpieszył się z ich grabieniem – obecna była jesień, jej piękne strzępy, traktowane jako dzieło sztuki. W Roubaix, należącym do aglomeracji Lille, jako dzieło sztuki została potraktowana ściana kamienicy, z zarysem po byłej jej części – lub tu przylegała inna kamienica. Robi wrażenie: świeże barwy, ochra, biel, ślad po czyimś mieszkaniu; ściana jak umyta, i ten ślad – artystyczny. Nic się nie łuszczy. Historyczne piękno. Czy to „pamiątka” po wojnie? Lille i Roubaix były silnie zniszczone w czasie wojny. Jednak nowe domy zostały tak wkomponowane, że nie czynią architektonicznego chaosu – są niewidoczne jako nowe, a co było stare i zburzone, odbudowano pieczołowicie. Nie wiem, ale nowe drapacze chmur w Warszawie wystają bezładnie jak sztućce wetknięte w gęstą szarą kaszę. Rozbijają architekturę, to tu, to tam. A dlaczego w Polsce tak wszystkich denerwują drzewa, gubiące liście jesienią? Mam wrażenie, że to przez brud, psie kupy, plwociny, smród – u nas w biały dzień jakiś facet wyszcza się pod drzewo; u nas w liściach walają się butelki, mignie stara sztywna skarpeta i krzywy but. Przesadzam, nie jest tak źle. Sprzątają. Mimo wszystko liście u nas mogłyby poleżeć. Dlaczego w Lille mogą być piękne, zgubione w najodpowiedniejszy dla siebie czas i jest to estetyczne? Chyba tam pasują do zabytkowych i zadbanych kamienic, których nie zrujnowała wojna, a potem komuna. Tu nie chodzi o przepych, o pałace. Po prostu o estetykę. Do naszej bałaganiarskiej architektury liście może nie pasują. Opowiadam oczywiście pierwsze wrażenie i na tym poprzestanę. Jestem człowiekiem, ceniącym pierwsze wrażenie – albo od razu dobija mnie, albo wznosi. Jestem estetką. Ale jeszcze coś: pod szkołą, w której uczył Antoni, nadzór sprzątaczy poprzewiercał pień dorodnej lipy, bo śmieciła liśćmi. Drzewo umarło i można je było ściąć bezkarnie, więcej już śmiecić sprzątaczom nie będzie. Taka praktyka była u nas stosowana gdzie indziej – słyszałam mnóstwo opowieści o przewiercaniu pnia z powodu przestępczych działań drzew: śmiecą jesienią. Ach, te neomieszczuchy. Widok jesiennych liści szpeci im krajobraz.

Chodniki – z jakiegoś aksamitnego asfaltu, miękkie. Ciemnoróżowe, ciemnofioletowe, szaroniebieskie. Dlaczego u nas wszędzie musi być jednakowy polbruk? Poprzerastał trawą, kruszy się. Niezmiennie wiśniowo-szary. Do starych kamienic, które jeszcze mamy, choć ze zniszczonymi elewacjami, nie pasują te nowe betoniki. Dobry jest w nowych osiedlach. W Lille kamienne jezdnie, lśniące. Pęknięcia w kamieniach. Kamienie przycięte w płaską nierówną kostkę, uszczelnione betonem, a wokół każdego kamienia wydrapany prostokąt. Pęknięcia traktowane jako naturalna ozdoba. To trochę jak w Narejkach – myślę. To coś szlachetnego: bardzo stare kamienie, ozdobione naturalnymi pęknięciami. Wypolerowane butami i pojazdami. W Narejkach tak samo spokojnie leżą jesienne liście, wykończone falbankami i w ząbki. Duże. Barwne jak barwny obraz. Żeby tylko nie wyasfaltowali mi moich Narejek! Narejki, Świsłoczany – to wioski zabytki. Żeby tak się ostały, jakimi są.

Nocujemy w samym centrum w hotelu Etap. Hotel bezgwiazdkowy, ale dobry. To w centrum, blisko konsulatu. Nasza znajoma, Mathilde, kiedyś opowiadała, że we Francji w hotelach mają malusieńkie wąskie poduszki. Rzeczywiście, takie są. W nocy moja głowa szuka poduszki. Śmiejemy się z tego, co nam o tych poduszkach opowiadała Mathilde. Dobrze, że wzięliśmy koce. Przykrycie jest takie cieniutkie. Jest ciepło, ale przemarzłam w samochodzie. Mogę kąpać się do woli. W domu muszę oszczędzać wodę. Woda po kąpieli służy mi w Olsztynie do spłukiwania sedesu, mycia podłogi i korytarza. Inaczej zostanę zrujnowana przez rachunki. Dlaczego u nas woda musi być taka droga? Jest za droga. Albo to ja zostałam zrujnowana. Nie umiem pisać czytadeł i tłuc na tym forsę. Ale wina. Pośród drożyzny postdemoludów.

Pod Antwerpią leży inne Lille, małe. Zostaliśmy uprzedzeni, aby tego małego Lille nie brać za duże, właściwe Lille. Drogowskaz prowadził za krzaki.

Jakaś para, młodzi; rozkładają koc u wejścia do kamienicy w centrum. Bezdomni, będą tu nocować. Siąpi. W telewizorze De Niro, gadający po francusku, a na innym kanale „Wojna i pokój”, na podstawie Tołstoja, pierwszy bal Nataszy. Rosja. Boże, kiedy u nas był jaki film z Rosją! Nie ma kluczy, otrzymuje się pin do wystukania w klamkę. Nie mogę zapamiętać, ciągle boję się, że go zgubię, choć pozapisywałam tu i tu, w notesie i książce telefonicznej.

Prostytutka. Jedna. Ta ulica, nie pamiętam nazwy, blisko konsulatu, była ulicą czerwonych latarń, ale zmieni charakter. Nie będzie na niej prostytutek. Ta prostytutka jakaś taka fioletowa w niebieskich światłach od witryn. Nie ma czerwonych świateł. Duża ładna kobieta.

U wejścia do kościoła Ste Catherine(16 wiek) stoi czarnoskóra dziewczyna i żebrze. Antoni daje jej pięćdziesiąt centów. Można zapalić świeczkę dla świętej Katarzyny, co też Antoni robi – świeczki są za darmo. Chce również, aby ta świeczka zaświeciła się dla Marceli. Oglądamy obrazy – Drogę Krzyżową. Nowoczesna sztuka, bez oprawców i krwi, operująca symbolami. Jezus Ukrzyżowany: tylko cierpiąca twarz w zbliżeniu, leżąca na boku. Nie wiem, czyje są to obrazy. Oprawione w antyramy. Sączy się z głośników dyskretny profesjonalny śpiew. Datki na ubogich i kościół można sypać do pyska dużego kamiennego psa. Stoją krzesła, nie ławki, ławki są głębiej, przed ołtarzem. Ktoś tam siedzi, kilka osób, skupionych.

CZYTAJ DALEJ

poniedziałek, 04 lutego 2008, themerson

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: