Listen to Joe Milford Show on Blog Talk Radio Listen to internet radio with Lynnalexander on Blog Talk Radio

Dove Creek

A woman's journey of self-discovery from her Kentucky origins to nurse and healer on a Northwest Indian reservation

Read this moving, insightful novel free at Libertary.com

Blog > Komentarze do wpisu

TAMARA BOŁDAK-JANOWSKA : PODRÓŻ PRZEZ BRAMKI

tym razem wspomnienia z podrózy po... miejscu zamieszkania, czyli po Olsztynie, a dokladniej po olsztyńskich szpitalach...

Dziwnie się czuję – mówi mąż – chyba mam grypę, albo przeziębiłem się. Rzeczywiście, temperatura około trzydziestu dziewięciu i rośnie, już jest trzydzieści dziewięć i dziewięć. Jest piątek. Rany boskie. Lecę do lekarza rodzinnego. Nie ma. No to do innego lekarza. Inny lekarz przypisuje Gripex. Aha, gips reklamowany! Już raz wypróbowałam, rozbolał mnie żołądek, dostałam zapalenia oskrzeli i dopier antybiotyk pomógł. Nie wierzę w Gripex, tak jak nie wierzę w ptasią grypę u ludzi. No ale dobrze, niech będzie. Kupuję ten gips i oczywiści nie pomaga. Jest coraz gorzej. Męża rozbolał żołądek i ma mdłości. Na przemian trzęsie go i pali. Jak w febrze. Poczekamy do rana. Rano to sobota, przychodnie zamknięte. Po południu i wieczorem temperatura rośnie do czterdziestu. Zawołam pogotowie. Nie, pogotowie mamy naprzeciw, w Szpitalu Miejskim. Dojdziesz? Dojdę. Idziemy, ale zajmuje nam to około godziny, gdy normalnie idzie się tam kilka minut. Okazuje się, że pogotowie „tylko ratuje życie”. „A jest zgrożenie życia? Widać, że nie ma, chodzi pan. Muszą państwo do Szpitala Wojewódzkiego, tam też jest pogotowie. Mają państwo samochód? No. To nie ma problemu”. Mówię, że mąż jest po ciężkim zawale, to może jednak tu zostanie zbadany  ale nie ma rozmowy. „Tylko ratują życie”. Nienasze.

Wracamy, co nam znowu zajmuje około godziny. Zawołam taksówkę – mówię. Mąż jednak postanawia samochodem. Wytrzymasz? Muszę.

Temperatura: czterdzieści.Wsiadamy do samochodu. Ja niestety nie prowadzę. Prowadzi mąż z temperaturą czterdzieści, a to gorzej niż po półlitrze, a nawet litrze. Pomyliły się ulice, nie możemy wjechać na Żołnierską do Wojewódzkiego. Ja nic nie widzę wieczorem, w dodatku siąpi, a chwilami leje, i ulice są źle oświetlone, a niektóre w ogóle nieoświetlone. Świeci co dwudziesta lampa. Nie wiemy, gdzie jesteśmy. Nie widzę nazw ulic. Jedź wolno. Jedzie wolno. Żeby tylko nie spowodować wypadku. Dojazd do szpitala Wojewódzkiego zajmuje nam półtorej godziny. Jest już dziesiąta, noc.

I tu się zaczyna. Bramki. Pierwsza. Stoimy i czekamy. Już, nareszcie. Druga. Stoimy i czekamy. Już, nareszcie. Tablica informacyjna stoi za wzjazdem: wjazd za darmo, ale jeśli nie wyjedzie się po dwudziestu minutach, trzeba płacić. Nie wzięliśmy pieniędzy. Wycofujemy się, znowu czekając, aż otworzą bramki. Postanawiamy iść pieszo. Samochód stawiamy pod śmietnikiem na trawniku. Tu ciemno jak w dziupli w baobabie. Może nie wlepią mandatu –  o tej porze to chyba nie . Idziemy. Pytamy lekarkę, która wychodzi z jednych drzwi i bardzo się śpieszy do drugich, potem pielęgniarkę, która wychodzi z jednych drzwi i biegnie do drugich:  Gdzie tu jest pogotowie? „Nie ma już tu pogotowia. W nagłych wypadkach to tak. Ale jak wysoka  temperatura to nie.  Muszą państwo za szpital, do dziecięcego, tam przyjmuje lekarz nocny”. Odpowiedzi w locie i przez ramię. Wracamy pod śmietnik i widzimy, że ktoś też tu postawił samochód. Wychodzi  niego mężczyna – pytamy go o lekakarza nocnego, może wie. Nie bardzo wie, ale wskazuje odległy budynek – to chyba tam.

Idziemy, czy jedziemy? Idziemy, bo może tam znowu będą bramki. Mąż nic nie widzi i ja nic nie widzę. Siecze deszcz. Idziemy i idziemy – pełzniemy. Mąż się zatacza – trzymam go pod ramię.

Dobrze, że idziemy, bo bramki są, znowu dwie. Pytamy pielęgniarkę, wychodzącą z jednych drzwi i biegnącą do drugich: Gdzie przyjmuje lekarz nocny? „Tam”. Gdzie, tam? „Tam”. Odpowiedź w locie i przez ramię.Czy pogotowie też tak czeka na otwarcie bramek?

Gdzie przyjmuje ten lekarz nocny? Nie ma żadnej informacji.

Pytamy kogoś z ulicy, gdzie przyjmuje lekarz nocny. Tam. W tamtym budynku. Tam, gdzie się świecą wszystkie okna. Dość daleko, ile to będzie kroków? Nie możemy znalaźć drzwi wejściowych. Znowu nie te.

Docieramy wreszcie na drugie piętro w szpitalu dziecięcym.

Widok cokolwiek przerażający: kaszlący dorośli z kaszlącymi dziećmi. Wszyscy do jednego lekarza. Wszyscy jak piwonie od wysokiej temperatury. Przecież te dzieci pozarażają się od dorosłych kilkoma grypami! Jakaś dziewczyna z wysoką temperaturą, czerwona aż fioletowa,  omdlewa przy bladej matce. Jaka kolejka, jak za komuny w czasie epidemii grypy! Wytrzymasz? Nie wiem.

Mąż kładzie się na ławce, zamyka oczy i mówi, że ma halucynacje. Rożne lalki kłębią mu się przed oczami. Czekamy. Jest prawie dwunasta. Mogłam zawołać po prostu pogotowie z domu, albo taksówkę, a tak to wynikło nie wiadomo co – mówię. Gdybyś miał teraz drugi zawał, to już byś nie żył! Bramki, mętna informacja. Polikwidowane pogotowia. Wczoraj były, a dziś już nie ma. Co to jest!

Godzina pierwsza.  Lekarz wypisuje antybiotyk. Jest otwarta apteka w śródmieściu, tam państwo kupią.

Złazimy na dół, znowu mąż siada za kierownicą, jedziemy do domu po pieniądze. Jak mogliśmy zapomnieć wziąć pieniądze!  Ja wchodzę do mieszkania, mąż czeka w samochodzie, jedziemy do apteki. Jedź wolno. Jadę wolno.

Boję się, że coś się mężowi stanie, wysiądzie serce. Jak to wszystko trwa! Jest już trzecia nad ranem. Zaraz, o której zaczęliśmy tę wędrówkę? Chyba trwało to siedem godzin albo i więcej! Więcej.

Kupuję kobylaste ampułki antybiotyku. Łykaj na noc, od razu. Na jaką noc, na ranek chyba. Zadziałał. Spada temperatura, ale opornie. I żołądek boli mężowi, nie do wytrzymania. Nie wiadomo, co to jest, grypa czy coś innego – znajomi mówią o jakiejś grypie żołądkowej, trudnej do zniesienia. Ja mówię, że to na pewno od Gripexu boli żołądek. Znajomi mówią, że gripex to reklamowany kit, gips. Naprawdę to kit i gips.

Służba zdrowia odgradza się bramkami od chorych – czy tak się godzi? Czy tak się godzi u ludzi,w naszym rozumnym i zdolnym do uczuć gatunku? W naszym dorzecznym gatunku? Co się dzieje z ludźmi?! Marzenie o zysku każdemu  padło na mózg?

Gdzieś w internecie wyczytałam, że bramki przy wjazdach do pogotowia i szpitali nie są zgodne z normami europejskimi i należy je zlikwidować.

Stoją.

A żeby wa dopadła prawdziwa ptasia grypa i wyżarła wam tę wielką forsę, kręcącą się w ślepiach! Byłoby fair play.

Najgorsze są kobiety, najgorliwsze obrończynie każdego nowego systemu. Zaćwierkają wdzięcznymi ustkami i każdego uśmiercą. Jelinek określa je jako „marionetki w rękach przerażających mężczyzn”. Po drodze przez mękę i bramki do pogotowia były same decyzyjne baby. Tu nie wpuszczą, tam nie wpuszczą. A co, zachciało wam się chorować w weekend i mieć temperaturę czterdzieści? No to baba jedna z drugą was urządzi. Spełniamy polecenia rządzących. No i polecenie, tej, niewidzialnej ręki rynku. Rynek bramek.

Bo widzisz, Antoni,  nie zostaliśmy upoważnieni do chorowania. Ty, czy ja. Przed nami są bramki. Jeśli je pokonamy, najlepiej pieszo, jeśli nie padniemy martwi na jezdnię pod samym szpitalem, zwyciężamy.

copyright (c) by Tamara Bołdak-Janowska

piątek, 28 marca 2008, themerson

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: