Listen to Joe Milford Show on Blog Talk Radio Listen to internet radio with Lynnalexander on Blog Talk Radio

Dove Creek

A woman's journey of self-discovery from her Kentucky origins to nurse and healer on a Northwest Indian reservation

Read this moving, insightful novel free at Libertary.com

Blog > Komentarze do wpisu

LYRISCHE SPRACHE - ROZMOWA Z PIOTREM MAKOWSKIM

Piotr Siwecki pyta, Piotr Makowski odpowiada.

1 – Tematem większości Twoich tekstów są relacje damsko-męskie. Twoi bohaterowie miotają się między potrzebą stabilności i potrzebą absolutnej wolności od stałego związku. Jakie jest podłoże takiego myślenia?

Sam czasem zastanawiam się, czemu tak to wygląda. Chyba wynika to z braku możliwości określenia własnej tożsamości. Stworzyłem sobie takiego, a nie innego bohatera i po jakimś czasie okazało się, że wszedłem w jego buty. Potem chciałem ten temat wyeksploatować do końca albo stać się tym bohaterem w rzeczywistości, żeby trochę później bez skrępowania móc pisać o tym poprzednim mnie. I raz jeszcze podobny wybieg. I jeszcze raz. Ale po jakimś czasie zaczęło rodzić to problemy. Płaszczyzny emocjonalne i przestrzenie, w których się poruszałem, zaczęły na siebie nachodzić – stąd potrzeba stabilności. Z drugiej strony nie potrafię pisać o kobietach inaczej niż w sposób karykaturalny. I nawet, kiedy bawię się brutalną postacią, kiedy staram się obrażać, wyklinać i sprowadzać wszystko do fizyczności, nawet wtedy ta potrzeba stabilności gdzieś się rysuje. Ale pokracznie. Może na tyle pokracznie, że spomiędzy zgłosek wychodzi na to, że się boję i dlatego staram się uciec?

2 – W jaki sposób Twoja pierwsza książka zmieniła Twoje życie?

Uspokoiła mnie. Nie wiem, kto to powiedział – może nawet sam na to wpadłem – ale po debiucie jak po zawale: człowiek się uspokaja. Albo szuka sobie innego zajęcia. Ja spokorniałem. Przed samym wydaniem Niektórych myślałem, że chwyciłem Boga za nogi, że sukces już tuż, tuż, ale nie. Wyszło inaczej. Może i dobrze, że nakład niski, że kolportaż kulał i książki nikt na dobrą sprawę nie widział. Ale było czym się chwalić na podwórku, a to pomogło znaleźć odpowiednich ludzi do pomocy, do rozmów, nauki. Zmotywowało. Zacząłem pracować nad tekstami ciężej, ale jednocześnie wiedziałem, że jeśli nie zaskoczy w ciągu paru miesięcy, to nic się nie stanie. Mam czas i będę konsekwentnie dłubał w swoich tekstach. Tyle zmieniła albo wydaje mi się, że tyle zmieniła, a tak naprawdę nie zmieniła nic?

3 – Jakie znaczenie ma dla Ciebie odbiorca? Czy istnieje jakiś idealny odbiorca Twojej poezji, twoich opowiadań? Chodzi mi o to, czy istnieje potrzeba stworzenia jakiegoś nowego sposobu podejścia do czytelnika? Jakie znaczenie mają dla Ciebie spotkania autorskie?

Odbiorca ma dla mnie znaczenie fundamentalne. W tej całej zabawie jest najważniejszy. Sam wiesz, Śmierć autora i tak dalej. Skoro tekst rodzi się w trakcie lektury, to niepoważne jest chowanie go do szuflady, niepoważny jest olewający sposób traktowania odbiorcy. Idealny? To ja sam. Jestem sumą wszystkich książek, które przeczytałem. Dlatego to ja najlepiej wyłapuję różne nawiązania. A w moim pisaniu również o to chodzi. Teksty nie wiszą w próżni, chciałbym, aby czytelnik zmuszony był do odczytań symultanicznych, aby „wchodził” do książki z różnych miejsc i sam określał, które fragmenty są dla niego ważne. Żeby te fragmenty łączył z innymi, niekoniecznie mojego autorstwa, ale przefiltrowanymi przez „moją” wrażliwość. Żeby z „linearnego” czytelnika stał się czytelnikiem hipertekstu.

Spotkania autorskie nie mają dla mnie szczególnego znaczenia. To znaczy fajnie jest wyjść z tekstem do ludzi, zobaczyć, które fragmenty żrą. Ale to czasem niebezpieczne, bo niekoniecznie to co na głos żre również w trakcie lektury.

Chociaż z drugiej strony mają duże znaczenie. To ta część dookoła, niezbędna do tego, żeby tekst zaistniał. Autor umiera w tekście, ale rodzi się poza nim. Bez medialnej hucpy nie będzie tekstów. Trzeba się z tym pogodzić, ale jednocześnie być uczciwym wobec kogoś tam, na przykład siebie, i nie przeginać. Za dużo tych jaj dookoła tekstu może zaszkodzić. Można się źle poczuć.

4 – Czeski poeta, Tomasz Kafka, powiedział w jednym z wywiadów, że Internet i nowe technologie dają „możliwość pogodzenia intymnych sposobów komunikowania się z postępem technicznym”. Czy sądzisz, ze jest to rzeczywiście możliwe?

Możliwe, ale trudne. Trzeba wiedzieć, jak to się robi, a ja raczej nie wiem. Moje pisanie odarte jest z intymności, jest na tyle bezwstydne (żarcik), że aż postępowe… Nie wiem, nie wiem. Nawet nie wiem, na czym miałoby to polegać. To kolejna przestrzeń do wykorzystania. Ale jeśli w centrum ma być tekst, to gdzie postęp techniczny? Hipertekst, łączenie tekstów w korzeń wiązkowy – ok. Ale tak można i bez Internetu. To trudniejsze technicznie i może właśnie w tym momencie nadchodzi to pogodzenie się.

5 – Czy, według Ciebie, coś łączy Twoją twórczość z tekstami, z kręgiem inspiracji innych poetów Twojego pokolenia? Czy w ogóle można mówić o jakimś pokoleniowym wyznaczniku najnowszej poezji?

Raczej nie. Ta intymność, o której mówiłeś wyżej, została chyba właśnie przez Internet zachwiana. Teraz każdy może czytać, kogo tylko chce, może wybrać sobie inne guru, do którego nawiązuje, dlatego ta najnowsza, najmłodsza poezja jest taka poszarpana. Każdy inaczej o czym innym. Chociaż nie, są punkty wspólne. Chyba wraca liryzm w takiej czystej postaci. I chyba wraca bełkot w takiej czystej postaci. Plus brak zaplecza teoretycznego. I miałkość. Przy którymś piwie dokonałem z kimś tam takiej analizy i wtedy zrodził się w mojej głowie Soundtrack. Wtedy postanowiłem, że napiszę książeczkę spójną, w której postawię na twardego bohatera, w której postawię na pop, w której postawię na zaplecze teoretycznoliterackie i to wszystko, o czym mówiłem wcześniej, znacznie wcześniej? Miałem dość miałkich tekstów, w których mówiącego boli to, że rzuciła go dziewczyna, że śmierć jest taka straszna, a nad nami słońce zachodzi papierosową mgłą. Chciałem konkretu. Chciałem czegoś mocnego. Opowieści o miłości, która nie ma szans poruszyć tak, jak poruszają komedie romantyczne, a raczej tak, jak poruszają amerykańskie seriale dla młodzieży z lat 90.; to wszystko miało być chore, dziać się niby z boku i na wpół świadomie, ale przez to wiarygodne dla ludzi mojego pokolenia, którzy przecież na tych serialach się wychowali.

CZYTAJ DALEJ

 

poniedziałek, 20 października 2008, themerson

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: