Listen to Joe Milford Show on Blog Talk Radio Listen to internet radio with Lynnalexander on Blog Talk Radio

Dove Creek

A woman's journey of self-discovery from her Kentucky origins to nurse and healer on a Northwest Indian reservation

Read this moving, insightful novel free at Libertary.com

Blog > Komentarze do wpisu

DEREK WHITE :: MIĘDZY NAMI A DOMEM (BETWEEN US AND HOME)

DŁUŻSZE OPOWIADANIE, W KTÓRYM DEREK TAKŻE PISZE O STAWIE, O KTÓRYM MOWA W MINIATURZE 'NA TRATWIE'.


Na terenie należącym do naszej matki jest staw. To nie jest naturalny staw, ale jednak – żyją w nim okonie Lepomis macrochirus, a gęsi kanadyjskie zatrzymują się tu w czasie podróży na południe. Jednym z powodów, dla których nasza matka bardzo tanio kupiła ten teren jest to, że stan Nevada ma prawo do wody, gdyby kiedykolwiek w okolicy wybuchł pożar lasu. Innym powodem jest to, że przez sam środek posesji biegną linie wysokiego napięcia. Ja i mój brat, Kevin, nie mieszkaliśmy tu aż do ubiegłego roku. Inaczej mielibyśmy pewnie białaczkę albo jakiegoś innego raka typowego dla dzieci. W takich sprawach nigdy nic nie wiadomo. Nic, co prawda, nie widać, ale kiedy przechodzimy pod drutami to słyszymy trzaski w powietrzu. Dom, sam w sobie, nie jest duży – zaledwie jeden pokój dla naszej trójki. Kevin i ja spędziliśmy większą część minionego lata śpiąc na werandzie wiszącej nad stawem, ale teraz zanosiło się na zimę i oczekiwaliśmy pierwszej dużej burzy. Nasza matka nalegała, żebyśmy, jeśli chcemy, żeby nas dalej żywiła, zaczęli spać na piętrowym łóżku przy kuchni na drewno. Co mogliśmy powiedzieć, skoro to ona wypłaca czeki z pomocy społecznej?

Tego szczególnego ranka wysłała nas po drewno na opał. Naszkicowała mapę, wskazując miejsce, gdzie piorun powalił w ubiegłym roku drzewo i pozwoliła mi prowadzić swojego Forda Bronco, którego zostawił nam nasz ojciec. Pozwoliła mi prowadzić, chociaż miałem dopiero trzynaście lat i nie miałem prawa jazdy. Kevin pilnował mapy, podczas gdy ja manewrowałem po wznoszącej się ku górze drodze, która zatrzymywała wodę. Najpierw zatrzymaliśmy się, żeby nakarmić Roberta, pomarańczowego, grubego kota, który mieszkał w naszym domu, ale od tamtej pory zdziczał. Nazywamy go Robert po naszym ojcu. Nasza matka woła go jakoś inaczej, ale nie pamiętam jak, a kiedy zawoła na niego „Robert”, on nigdy nie przychodzi. Robert ma jakieś zaburzenia nerwowe, które wpływają na jego refleks i koordynację. Chce skoczyć w prawo, ale przewraca się w lewo albo, kiedy próbuje przeskoczyć przez taboret, uderza w niego. Przykro na to patrzeć, ale nie możemy mu pomóc ani my, ani weterynarze. Może myślę za niego, ale wydaje mi się, że jest szczęśliwy żyjąc na wolności. Robert przybiegł jak tylko postawiliśmy puszkę z kocim jedzeniem na zaporze. Ale kiedy chcieliśmy go podnieść albo pogłaskać jeżył się albo wyszarpywał. W ciemnej głębi stawu przy odległym końcu zapory, tuż przy śluzie było miejsce, w którym, jak myśleliśmy, żył okoń, którego nazywaliśmy „Wielkie Usta”. Nigdy go tak naprawdę nie widzieliśmy, ale nie było innego wyjaśnienia dla tego, że populacja mniejszych ryb i żab jest kontrolowana. Po ominięciu zapory jechaliśmy pod liniami wysokiego napięcia dopóty, dopóki nie znalazły się między nami a domem.

Kevin trzymał ręce i stopy w powietrzu i zmówił trzy zdrowaśki, jak to mieliśmy w zwyczaju. Ja musiałem trzymać ręce na kierownicy a stopy na pedałach. Fajnie było znaleźć się tak daleko, nawet jeśli to była wciąż nasza posesja. W tym miejscu mieliśmy skierować się na północ, ale Kevin skierował mnie w złą stronę. Nie miało to jednak znaczenia, bo tam, gdzie się zatrzymaliśmy była polana, a na niej dużo wilgotnego drewna, które juz nieco podeschło. Wysiadłem, żeby wziąć kilka pniaków, a Kevin został w wozie. Powiedział, że jego kurtka puchowa nie jest wodoodporna. Kiedy powiedziałem mu, że nie pada, powiedział, że pewnie zaraz zacznie.

- To jeszcze lepszy powód, żebyś ruszył swoją leniwą dupę i pomógł mi – powiedziałem.

- To nie tu mama kazała nam przyjechać.

- A jakie ma znaczenie skąd weźmiemy drewno?

Chwyciłem to, co dałem radę i wrzuciłem pod niebieską plandekę na tyle wozu, żeby przeschło.

- Derek.

Podniosłem pniak, sprawdzając czy nie ma pod nim pająków.

- Derek – powtórzył Kevin.

- Zamknij dupę i przydaj się na coś! – odpowiedziałem.

Kiedy spojrzałem na Kevina, zobaczyłem, że patrzy ponad moim ramieniem.

- Ktoś nadchodzi.

To było pewne. Ten zaniedbany mężczyzna zbliżał się do nas z południa. Miał na sobie odblaskową kamizelkę. Na kamizelce było napisane „NIEBEZPIECZEŃSTWO”, jakby mężczyzna zbiegł z Departamentu Ochrony Dróg. Różne stworzenia mogłyby żyć w jego brodzie, a on nic by o tym nie wiedział. Niewielkie strupy i smugi krwi znaczyły jego twarz. Położył na ziemi swój śpiwór i poruszał dłońmi trzymając je w kieszeniach.

- Macie jakieś pieniądze, chłopaki? – spytał.

Musiałem widocznie zagapić się na jego ręce, bo nie odpowiedziałem od razu. Kevin wysiadł z samochodu i powiedział: „Nie”. Z trudem mogłem pozbierać myśli. Słyszałem bicie własnego serca.  Jedyną bronią, jaką mieliśmy był młot kowalski leżący na pace. Kiedy mężczyzna wyjął rękę z kieszeni, zobaczyłem, że było w niej tylko pudełko zapałek.

- To jak się dostaliście aż tutaj? – spytał. – Mata wóz, co by nim jechać, a to więcej niż mi potrzeba.

Przypalił papierosa i cisnął zapałkę w stertę sosnowych igieł.

- Ja mam bardziej biologiczne potrzeby.

Zapałka zgasła, ale przydepnąłem ją dla pewności.

- Proszę pana czy pan wie, że jest pan na terenie prywatnym?

W ustach miałem sucho i czułem, że mówię nie swoim głosem. Mężczyzna skrzywił się i pociągnął papierosa.

- I co zrobicie, poszczujecie mnie tatuśkiem?

- Nie mamy taty ani pieniędzy – wygadał się Kevin.

Spojrzałem na niego i dodałem:

- Naszego ojca nie ma, ale wróci.

Szurając butami w kurzu, mężczyzna spojrzał w stronę skąd przyszedł. Przeczesał włosy brody wokół ust, oblizał wargi i powiedział:

- Wy, chłopcy, przypominacie mi o moim ulubionym jeziorze.

Dokładnie tak powiedział. Kevin spojrzał na mnie. Pomyślałem, że to było przerażające, ale także interesujące. Facet pachniał jak przypalone mleko. Staliśmy z bratem, czekając aż powie coś więcej.

Udając, że macha wędką, mówił dalej:

- Mówię o tym jeziorze, w którym dawno temu łowiłem.

Schylił się po swój śpiwór i chwycił się za plecy, kiedy się prostował.  Stęknął.

- Robię się za stary na takie rzeczy!

Wyprostował się, zarzucił pakunek na ramiona i ruszył w swoją drogę.

Potraktowałem to zdarzenie jako nieznaczące, bo nie chciałem, żeby Kevin się nad nim rozwodził. Pod kolejnym pniakiem, który podniosłem była ropucha. Była wyrośnięta, ale wciąż miała ogon.

- Musiała uciec ze stawu, zanim Wielkie Usta ją dopadł – powiedziałem, starając się zająć czymś myśli Kevina. – Dla niej lepiej, że jest ropuchą a nie kijanką. Nie potrzebuje teraz wody.

- Co najwyżej będzie potrzebowała wrócić do wody, żeby się rozmnażać.

- A wtedy Wielkie Usta ją dopadnie.

- E tam, jest wystarczająco dorosła, żeby sobie poradzić.

Robert, nasz zdziczały kot, wtoczył się na polanę i zatrzymał się, żeby wyczyścić sobie łapy.

- Nasz nauczyciel nie tak mówił – powiedział Kevin. – Nasz nauczyciel powiedział, że będzie coraz mniej gadów na świecie. Mówił coś o globalnym ociepleniu.

copyright (c) by Derek White

przeł. Piotr Siwecki


piątek, 19 grudnia 2008, themerson

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: