|
Blog > Komentarze do wpisu
ANIA VESENNY :: ŚNIEG WZNOSI SIĘ (SNOWRISE)kanadyjska pisarka urodzona w ZSRR. Publikowała w magazynach literackich Per Contra, SmokeLong Quarterly, FRiGG, elimae, Night Train. Jej opowiadanie ukaże się niebawem w pismach: The Toronto Quarterly i Descant. Obecnie pracuje nad swoją pierwszą powieścią.
Szybciej, szybciej, zapal świecę, zrzuć sukienkę, pozwól zsunąć się butom ze stóp, wśliźnij się pod koc, patrz jak pada śnieg. Nikt nie wie, co będzie, kiedy przyjdzie wiosna. W głębokiej czerni rosyjskiej nocy leżą przytuleni do siebie pod ciężkimi kocami. Nad nimi unoszą się chmury ich oddechów. *** W zmierzchającym świetle dnia Liuba wlecze się jedną z ulic Toronto, pociągając za sznurki splecione z jej wspomnień. Jedna zdrętwiała noga. Druga zdrętwiała noga. Drobna mąka, która oślepia i grzebie żywcem, wypełnia ślady jej butów. W kawiarni, w której pracuje jej córka, lampy wiszą nisko, pochylają się nad fotelami. Kolory połyskują, przechodzą jeden w drugi. Liuba siada, zdejmuje rękawiczki, chucha w złożone ręce, czeka, aż migające światła znikną sprzed jej oczu. Czeka, aż znajomy głos przybliży się. - To ostatnio moja najbardziej ulubiona. Rozgrzeje cię. Liuba pochyla twarz nad kubkiem, pozwala zapachowi wedrzeć się do nosa, uderzyć w czoło. Jest ognisty, gorzki. Imbir. Czekolada. Ziarna kawy. Cynamon. Obce zapachy w obcym kraju. Liuba tęskni za herbatą, czarną, mocną herbatą, która przypomniałaby jej zimowe noce z rodzinnego kraju, która przypomniałaby jej głośne czytanie Doktora Żywago, wzajemne ogrzewanie się, wodę gotującą się na kuchni, picie herbaty, wirowanie jej listków w niemytych szklankach. Zapal świecę, zrzuć sukienkę, pozwól zsunąć się butom ze stóp, wśliźnij się pod koc, patrz jak pada śnieg. - Cudownie pachnie - mówi Liuba. Pociąga łyk, szybko przełyka. Kościstymi palcami uciska pulsujące skronie. Jej czarny toczek kłuje ją w czaszkę. - Musi ci być ciężko słuchać przez cały dzień tej muzyki, jaką tu puszczają - mówi. - To moje płyty, mamo. Pozwalają mi je puszczać. Liuba trzęsie się, przyciska dłonie do ciepła, jakie wydziela z siebie kubek. - Jak tam w szkole? - pyta. W domu Liuba bierze prysznic. Jej czerwona skóra wygląda aksamitnie w zamglonym lustrze, chociaż ciało pod skórą pokryte jest guzami, zamarznięte. Liuba obejmuje siebie. Przesuwa palcami po żebrach. Sąsiedzi piętro wyżej krzyczą na siebie w każdą piątkową noc. Nazywają się Watson. Każdej soboty pan Watson wychodzi o piątej nad ranem i wraca dopiero tuż przed północą. Sąsiedzi po prawej stronie - rodzina z Indii Wschodnich. Osiem osób w mieszkaniu z dwoma sypialniami. Pachnie od nich dziwną mieszanką curry i imbiru. Nie jest to zapach Indii, o których marzy Liuba. Ona marzy o Indiach pachnących orchideami, Indiach słoni ozdobionych biżuterią, Indiach sari wibrujących w powietrzu. Sąsiedzi po lewej stronie - Chińczycy. W podeszłym wieku, malutcy, pomarszczeni. Zakupy robią raz w miesiącu. Przywożą wtedy wielkie torby ryżu w drucianym koszu na kółkach. Liuba obserwuje klatkę schodową na kanale wewnętrznym w telewizorze. W ciągu dnia na klatce pojawiają się tylko starzy i chorzy. Kiedy Liuba zauważa panią White spod 1103, schodzi na dół, udając że sprawdza pocztę. - Wyglądasz dziś jak gówno, kochanie - mówi pani White, opierając się na swoim chodziku. Jej ramiona wyprostowane, głowa wisi na długiej szyi. Skóra wiotka, na policzkach porośnięte włosami brodawki. Czerwona szminka na ustach. - Lekarz powiedział, że stracę włosy. - Skoro tak, to nie zaszkodzi ci lekki makijaż. Mówiłaś już o tym swojej córce? Łatwiej jest otworzyć się przed tymi, którzy są starzy i chorzy. Dla nich granica między wczoraj i jutro jest tak samo nieostra. Nie litują się. Nie osądzają. Klimatyzacja w mieszkaniu gwiżdże. Za dźwiękiem idzie zapach bekonu i jajek smażonych na oleju. Liuba jest pewna, że jest w mieszkaniu sama; nie ma w kuchni nikogo, kto podałby jej śniadanie, nikogo, kto poczytałby jej na głos. Zapach jednak jest wystarczająco rzeczywisty, żeby ogarnął zmysły Liuby z całą swoją intensywnością. Liuba wymiotuje do muszli klozetowej. Oczy ma zamknięte, ale smaku w ustach nie może zignorować. Jest słonawy, silny. Krew. Liuba siedzi przy oknie zagrzebana pod stosem wełnianych koców. Patrzy jak chmury zachodzą jedna na drugą, jak mieszają się odcienie szarości, jak futrzaste krawędzie chmur ocierają się o nagie gałęzie. Jakby ktoś rozciął puchową poduszkę - śnieg zaczyna padać, pióra wirują. Szybciej, szybciej, zapal świecę, zrzuć sukienkę, pozwól zsunąć się butom ze stóp, wśliźnij się pod koc, patrz jak pada śnieg. Nikt nie wie, co będzie, kiedy przyjdzie wiosna. Śnieg pada. Jednak, kiedy Liuba skupia wzrok na pojedynczym płatku śniegu, ten nie opada - wznosi się. copyright (c) by Ania Vesenny trans. Piotr Siwecki środa, 12 sierpnia 2009, themerson
TrackBack
|
|